Prev Next

Pół prawdy o mediach lokalnych

Co z mediami lokalnymi?

Lokalne media trzymają z władzą. Lokalne media żyją z pieniędzy samorządów. Dziennikarze lokalnych mediów tworzą „układ” z władzami i wzajemnie sobie krzywdy zrobić nie pozwolą.

Takie przynajmniej wrażenie można odnieść po przeczytaniu tekstu „Media lokalne, czyli „w gminie nie możemy w ogóle mówić o niezależności mediów” autorstwa Kamila Sikory, który niedawno został opublikowany w serwisie naTemat.pl

Czy jest tak w istocie? Jako właściciel lokalnych mediów mogę stwierdzić, że jest to tylko pół prawda i to na dodatek lekko przejaskrawiona. To, co dzieje się w regionach i lokalnej prasie wcale nie ustępuje temu, co dzieje się w redakcjach ogólnopolskich, a i w takich pracowałem, zresztą dokładnie cały czas analizuję sytuację na medialnym rynku.

Czy branie pieniędzy od samorządu, który i tak gdzieś ogłoszenia publikować musi jest czymś złym?

Chyba lepiej, że samorząd publikuje płatne informacje, niż lokalne społeczeństwo miałoby żyć w nieświadomości i nic nie wiedzieć o tym, co się w ich mieście/gminie dzieje.

Czy niezależne są tylko te gazety, portale internetowe i stacje radiowe, które „walą” we władze?

Właśnie wieczne szukanie sensacji, a zapominanie o informacyjnej roli – zwłaszcza lokalnych mediów – prowadzi do tak krytykowanej tabloidyzacji.

Oczywiście, że w w wielu lokalnych mediach brakuje pazura. Ale czy jest sens zawsze być w opozycji? Zawsze kopać się po kostkach? Zwłaszcza, kiedy żyjemy w jednym mieście, nasze dzieci chodzą do tych samych szkół, spotykamy się w tych samych przychodniach. Nie popieram przymykania oczu na: korupcje, nepotyzm, defraudację publicznych pieniędzy i inne przestępstwa. Wychodzę jednak z założenia, że gazeta, która nie jest tabloidem nie zawsze musi szukać „dziury w całym”.

Za naganne uważam oczywiście fakty angażowania się dziennikarzy, redaktorów naczelnych i wydawców w czynne życie samorządowe.

Bardzo niedobra sytuacja miała miejsce kilka lat temu w Sochaczewie, gdzie żona burmistrza była właścicielką radia i gazety, a miasto wydawało do tego gazetę samorządową. Wówczas istniała tylko jedna gazety opozycyjna, dość aktywnie zaangażowana politycznie. Jej dziennikarz zabierał nawet głos na sesjach rady miasta, zgłaszając poprawki i uwagi do uchwał, a jeden z publicystów kandydował na burmistrza.

Generalnie, w większości miast i gmin, nie możemy mówić o „sitwie”, o „układzie władza-media”. Takie przypadki oczywiście występują, ale tak samo sporadycznie jak w każdej innej branży.

Tak jak mediom ogólnopolskim zależy na ogłoszeniach z ministerstw i reklamach od spółek Skarbu Państwa, tak lokalnym mediom na współpracy finansowej z samorządami. Normalnym jest, że każdy wydawca, będzie wolał jakoś się „dogadać”, niż zbankrutować. Mamy przykład związany z Hajdarowiczem i Grasiem. A także z dziwnymi informacjami dotyczącymi poszukiwań reklamodawców przez wydawcę tygodnika „Wprost”. Przecież inne tytuły, także nie stronią od reklamodawców z sektora publicznego.

Co zaś do przytoczonego w artykule naTemat.pl przykładu radomskiego, to ja osobiście dotychczas słyszałem opinie wręcz odwrotne do tych przytoczonych w tekście. Ilekroć rozmawiam z przedstawicielami urzędu miasta w Radomiu, słyszę, że nie można się dogadać z lokalnymi mediami, że krytykują wszystko, że na linii samorząd-media lokalne jest wieczna walka i brak zrozumienia.

To jednak czego, moim zdaniem, brakuje lokalnym mediom, a może bardziej dziennikarzom, to „wietrzenia głowy”.

Większość z nich całe lata pracuje w jednej lokalnej redakcji, albo tylko je zmienia, ale wciąż pisze o tym samym i obraca się wśród tych samych osób zapominając, że istnieje inny świat.

Dlatego ja z radością po kilku dnia pracy w Rawie, czy niebawem także w Skierniewicach, wracam do Warszawy i obserwuję wszystko to, co się w tych miastach dzieje z perspektywy – także tej geograficznej. To pomaga nabrać dystansu. Będąc cały czas na miejscu, faktycznie kiepska współpraca z rzecznikiem prasowym jakiejś niewielkiej i mało znaczącej instytucji, czy przytaczana w artykule dziura w drodze urasta do rangi ogromnego problemu, niekiedy tematu dnia, czy numeru. Dziennikarze lokalnych mediów doskonale znają dziury w ulicach, wiedzą, w których miejscach się one robią i ile samochodów doznało uszkodzeń wpadając w nie w ubiegłym roku.

Tak jak auta w owe dziury, tak dziennikarze wpadają w rutynę, marazm i coraz bardziej zamykają oczy na pewne sprawy, zwłaszcza jeśli ma się nad głową zaangażowanego politycznie wydawcę, który do tego chce przede wszystkim jak najwięcej zarobić choćby „sprzedając duszę diabłu”.

Robert Stępowski

Robert Stępowski

Z pochodzenia rawiak z zamieszkania warszawiak. Serce, duszę i cały wolny czas oddałem pisaniu w październiku 2000 roku i tak jest do dziś. Pierwszym moim opublikowanym tekstem był wywiad z Ryszardem Rynkowskim. Później zakochałem się także w marketingu miejsc. Żyję tym co robię. Robię to czym żyję.

Lubię pisać o tym, na czym się znam. Dlatego ten blog poświęcony jest mediom, tym tradycyjnym i społecznościowym, content marketingowi i brandingowi personalnemu. Często pojawiać się tu będą także tematy z szeroko rozumianego obszaru lifestyle.

czytaj więcej...

Najpopularniejsze tematy

  • Zamów książkę

    Wszystkie opublikowane na blogu TrescJestNajwazniejsza.pl materiały są własnością Roberta Stępowskiego. Jeśli chcesz je wykorzystać skontaktuj się z autorem.