Prev Next

(Nie) smak tatara w ustach mam

Przychodzi Piotr Ogiński do sklepu…

Sprawa tatara, Sokołowa i Piotra Ogińskiego zakończyła się. Już się wszyscy wypowiedzieli. Wcześniej krytykowali firmę Sokołów, teraz blogera/vlogera.

Piotr Ogiński, który w mało delikatni sposób skrytykował tatara, produkowanego przez firmę Sokołów, nie zapłaci 150 tys. zł kary. Przeprosił markę za swój krytyczny komentarz i sprawę wycofano.

Dobrze, że tak się sprawa zakończyła. Wygrała na niej marka. Przegrał bloger, choć kolosalnej sumy odszkodowania płacić nie musi, więc i on poniekąd jest wygranym.

Początkowo wielu internetowych twórców stanęło murem za swoim kolegą. Podobnie nawet zachowywali się niektórzy specjaliści od public relations. Ale kiedy marka nie odpuszczała, wypowiadając prawdziwą prawną wojnę Ogińskiemu w obronie swojej reputacji, niektórzy eksperci, ale również i dziennikarze zaczęli jakby przechodzić na druga stronę barykady. Choć wcale nie musieli, bo niewiele by stracili stojąc murem za Piotrem.

Jak twierdzi Kominek, na blogach nie powinniśmy opisywać zdarzeń, ale je komentować. Zatem czas na mój komentarz.

Nie będzie on jednak jednoznaczny, gdyż w sprawie tej jest wiele aspektów, które powinniśmy analizować oddzielnie.

Cała sytuacja przypomina mi jednak temat panelu, który odbywał się w Kinie Luna, podczas ostatniego MediafunLab-u, a do uczestnictwa w którym zostałem zaproszony.

Otóż, czego nauczyła nas sprawa Ogiński-Sokołów?

1) Najważniejsze jest prawo. Każdy musi go respektować. Nie ważne, czy jesteś dziennikarzem, blogerem, vlogerem, czy piszesz tylko na Fb lub Twitterze. Wypowiadasz się publicznie – odpowiadasz jak każdy inny. Zawsze trzeba mieć tego świadomość.

2) Marka Sokołów pokazała, że (jak to było w kampanii tygodnika „Wprost”) „Nie ma świętych krów”. Sytuację kryzysową może wywołać każdy i to każdemu. Ponadto Sokołów pokazał, że siła leży w pieniądzach na prawników, a nie niezobowiązującym poparciu społeczności blogerów.

3) Trzeba zastanowić się jaki wpływ na decyzje zakupowe mają opinie wygłaszane przez blogerów i vlogerów. Wydaje mi się, że na takie marki jak Sokołów – niewielki. Co innego jeśli bloger znajdzie szkło w ptasim mleczku, lub trutkę na szczury w polewie czekoladowej. Natomiast sama opinia, ze coś smakuje lub nie… Wciąż jest wiele osób w Polsce, które nie wiedzą nić o aferze budyniowej, którą wymyślił właśnie pewien, wspomniany już tu dziś, bloger.

4) Warto porozmawiać z marka, osobą, która czuje się pokrzywdzona niż iść na wojnę, bo co jeśli przegramy – i to nie dlatego, że nie mieliśmy racji, ale dlatego, że ktoś będzie miał lepszych adwokatów.

5) Nie warto tak bardzo wierzyć innym, że poprą człowieka, który znalazł się w konflikcie prawnym z jakąś marką. Nikt za przegranego nie zapłaci kary, ani tym bardziej nie pójdzie do więzienia. Po co ryzykować?

Zobaczcie wideo, o którym już wspomniałem. Tomasz Machała twierdził, że ja w mojej drobnej potyczce z Łukaszem Jakóbiakiem, powinienem iść na całość. Grzać internet jak tylko się da. Sprawą przez jeden dzień i tak żył internet. Wystarczy. Ja nie pisałem mojego tekstu, aby się wybić (jak widać nie wybiłem się i nie zrobiłem niczego po tej „aferce”, aby się wybić, czy istnieć w świadomości czyjejkolwiek). Za mną, jak i za większością blogerów nie stoi sztab prawników. Zmiana, którą dokonałem w moim tekście, była minimalna. Nie zmieniała sensu tekstu. I czasami właśnie o takie kosmetyczne, minimalne zmiany chodzi.

Dla prawników, jedno słowo może być powodem do złożenia pozwu. Łatwo mówić „trzeba było grzać internet”, kiedy stoi się z boku i tylko opisuje sprawę. Gorzej, gdy grozi perspektywa nawet nie skazującego wyroku, co samego procesu, konieczność zatrudnienia prawnika, chodzenia przez rok, czy dwa do sądu (bo zapewne tyle trwałby proces).

Jeśli Piotr Ogiński chciał zaistnieć (wybić się) – to zaistniał. Wydaje mi się tylko, ze odrobinę przegrzał internet i z bohatera stał się przegranym, który ucieka z podkulonym ogonem.

Jestem ciekaw, czy dołączył do blogowo-vlogowej elity, czy świat o nim za chwile zapomni i jak do współpracy z nim będą podchodzić właściciele innych marek…

Robert Stępowski 

Robert Stępowski

Z pochodzenia rawiak z zamieszkania warszawiak. Serce, duszę i cały wolny czas oddałem pisaniu w październiku 2000 roku i tak jest do dziś. Pierwszym moim opublikowanym tekstem był wywiad z Ryszardem Rynkowskim. Później zakochałem się także w marketingu miejsc. Żyję tym co robię. Robię to czym żyję.

Lubię pisać o tym, na czym się znam. Dlatego ten blog poświęcony jest mediom, tym tradycyjnym i społecznościowym, content marketingowi i brandingowi personalnemu. Często pojawiać się tu będą także tematy z szeroko rozumianego obszaru lifestyle.

czytaj więcej...

Najpopularniejsze tematy

  • Zamów książkę

    Wszystkie opublikowane na blogu TrescJestNajwazniejsza.pl materiały są własnością Roberta Stępowskiego. Jeśli chcesz je wykorzystać skontaktuj się z autorem.