Prev Next

Mateusz Kotlarski „Kotlet”: Najsmaczniejsze na świecie kotlety jadłem u mamy

Mateusz Kotlarski fot. blog: Kotlet Na Wynos

Mateusz Kotlarski fot. blog: Kotlet Na Wynos

Z Mateuszem Kotlarskim „Kotletem”, autorem książki „Kotlet na wynos. Czyli autostopem za równik” (Bezdroża) rozmawiamy oczywiście o podróżowaniu, czyli o: pieniądzach, alkoholu, kuchni i „dziwnych” zwyczajach, a także o pisaniu i właśnie od tego naszą rozmowę rozpoczynamy.

Robert Stępowski, TrescJestNajwazniejsza.pl: Sam piszę i zawsze zastanawiało mnie, jak powstają książki z podróży, zwłaszcza takie jak pana, w której znajdują się nie tylko opisy miejsc, ludzi, kultury, kuchni itp… ale także dialogi. Robi pan notatki? Nagrywa? Siada do komputera codziennie i spisuje, to co wydarzyło się danego dnia?

Mateusz Kotlarski „Kotlet”: W moim przypadku wyglądało to trochę inaczej, bo od początku podróży prowadziłem mojego bloga Kotlet Na Wynos. W pierwotnym założeniu miał on być swego rodzaju sposobem na kontakt z rodziną, ale szybko każdy kolejny post nabierał większej objętości. Najzwyczajniej odkryłem, że pisanie sprawia mi ogromną radość. Wrócenie do wydarzeń z podróży było więc dużo łatwiejsze właśnie dzięki temu blogowi. Oprócz tego, przez cały czas, zapełniałem kolejne zeszyty ręcznymi zapiskami. Trafiało tam wszystko, co chciałem zachować dla siebie lub po prostu nie do końca nadawało się na blog. Koniec końców, większość „zapisków na kolanie”, trafiło i tak do ostatecznej wersji książki.

Co trzeba zrobić, aby móc sobie pozwolić na tak długie „wakacje”? Zazwyczaj musi nam wystarczyć dwutygodniowy urlop.

Mówiąc krótko: trzeba wybrać dobry moment! Ja na tamtym etapie skończyłem studia, popracowałem przez zimę jako instruktor snowboardu, odłożyłem trochę pieniędzy i… ruszyłem przed siebie. Zgodzę się, że nic nie daje takiego poczucia wolności w podróży jak właśnie dostatek wolnego czasu. Wielokrotnie piszę o tym w książce. Nie jest jednak powiedziane, że posiadając ustatkowaną pracę, nie można podróżować. Odpowiednio motywując swoje chęci można na przykład nakłonić szefa na dłuższy, bezpłatny urlop. W podróży poznałem wielu ludzi, którzy wykorzystują takie okazje nawet kilka razy w roku. Wyjściem dla bardziej odważnych jest po prostu zwolnienie się z pracy i wykorzystanie przerwy na podróże. Może znajdziemy pracę na drugim końcu świata? A może to praca znajdzie nas? W podróży nigdy nie wiemy czego się spodziewać.

Ile wynosił łączny budżet wyjazdów do wszystkich opisanych w książce krajów? Albo konkretnie ile trzeba mieć pieniędzy, by wybrać się do: Laosu, Birmy czy Indonezji?

Wyjeżdżając z Krakowa byłem tak naprawdę biednym studentem, któremu wszyscy mówili, że przeżycie w tym mieście z pensji 1800 zł jest wręcz niemożliwe. Odjąłem od tego budżetu kolejne kilkaset złotych i założyłem sobie, że będę podróżował za 1500 zł miesięcznie. Zdarzyło mi się kilka razy przekroczyć ten budżet (dosyć drogie są Chiny i Rosja), ale w generalnym rozrachunku, udało mi się zejść do 1200 zł na miesiąc. Niektórym może się to wydawać dużo, bo przecież podróżowałem autostopem i koszty powinny być wręcz zerowe. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że w tej kwocie są wszelkie noclegi (nie wszędzie da się spać w namiocie czy na CouchSurfingu), jedzenie, ewentualne wejścia do Parków Narodowych czy nawet wynajęcie przewodników po laotańskiej dżungli. Da się taniej? Jasne! Wszystko zależy od naszego podejścia i samozaparcia. Nigdy nie zdarzyło mi się wykupić sobie noclegu w hotelu (choć noc w takim 4-gwiadkowym kolosie zdarzyła mi się w Chinach, ale wynikała tylko z życzliwości pewnego Skośnookiego), ale niejednokrotnie kupując jedzenie od starowinek na ulicach płaciłem więcej niż sobie życzyły. Po prostu są lepsze i gorsze sposoby wydawania naszych europejskich pieniędzy.

PRZECZYTAJ: Rozmowę z Tomaszem Reichem o budowaniu marki osobistej w mediach społecznościowych>>>

Czy w kulturze, albo mentalności spotykanych ludzi, któregokolwiek z krajów, było coś, co mówiąc trywialnie „rozwaliło” pana? Co wciąż siedzi w głowie i prawdopodobnie wywołałoby podobny szok oraz niedowierzanie w każdym z Polaków?

Myślę, że zaskakująca może być kultura osobista Chińczyków. O wszechobecnym pluciu na ulicach pewnie część z Was słyszała. Potwierdzam, że gdy do naszych uszu dochodzi donośne charczenie, człowiek myśli tylko o tym żeby jakoś uciec przed pociskiem, który zaraz wyląduje z plaskiem na chodniku. Inny przykład – Chińczycy specjalnie zapuszczają kilkucentymetrowy paznokieć małego palca, który służy jako narzędzie do dłubania w przeróżnych częściach ciała. Niezwykle praktyczne, nieprawdaż?

Nie powinien też nikogo dziwić widok małych dzieci, które przy głośnych zachętach swoich rodziców załatwiają swoje potrzeby na miejskich chodnikach czy skwerach. Każdy rozdział książki poświęcony kolejnemu państwu na mojej drodze kończę właśnie podsumowaniem danego kraju. Często zamieszczałem tam głębsze przemyślenia, ale również wiele drobnostek jak chodzenie w piżamach w Kambodży, plucie na grzywkę w Rosji czy rozwijanie papieru toaletowego „od środka” w Birmie.

Swoją książkę zaczyna pan od tego co nam, przynajmniej mentalnie, bliskie – czyli od Rosji. Po powrocie dużo czasu zajęło panu leczenie wątroby? I czy faktycznie bez alkoholu, trudno byłoby tam zbudować z ludźmi pozytywne relacje?

Nie jest tak źle jak nam się wydaje! Alkohol faktycznie w Rosji jest bardzo popularny, ale nie jest podstawą przetrwania. Mimo to, trzeba przyznać, że Rosjanie zamykać raz otwartej butelki nie lubią. Najwięcej okazji do „biesiadowania” z nimi miałem w pociągu Kolei Transyberyjskiej. Moją ulubioną historią jest wspólne picie wódki z rosyjską wróżką, która z każdym kolejnym kieliszkiem (a następnie szklanką) zdawała się widzieć ciekawszą przyszłość mojej osoby. Innym ciekawym kompanem do picia był Burchan, czyli duch jeziora Bajkał, ale to już dłuższa historia, oczywiście opisana w książce.

I na koniec bardzo krótko:

Który język jest najtrudniejszy, a który najpiękniejszy?

Najtrudniejszy – birmański. Niby alfabet łaciński, ale przeczytać tego czegoś nie ma szans! Najpiękniejszy – laotański, ze względu na cudownie brzmiące zaciągania „uuuu” i „jeeeee” w wielu wyrazach.

Gdzie jest najlepsza muzyka?

Zdecydowanie Mongolia!

Czy gdzieś, poza Polską, serwują dobre kotlety i która kuchnia jest najsmaczniejsza?

Na dobre kotlety przyszło mi niestety czekać do pierwszego obiadu „u Mamy”, czyli 8 miesięcy po wyruszeniu. Jeśli chodzi o smaczną kuchnię to rywalizują u mnie słodko-ostra Tajlandia i chiński Syczuan, który słynie z podobno najostrzejszego jedzenia na świecie. Delicje!

Dzieci, w którym kraju, są najsłodsze?

Dzieciaki w każdym kraju są niezwykle wdzięcznymi gospodarzami, bo porozumiewanie się z nimi nie wymaga żadnego języka. Wystarczy kilka uśmiechów czy szybko rozegrany mecz piłką zrobioną z gazet i już ma się w nich przyjaciół. Jeśli chodzi jednak o ich zaciekawienie „obcym” i ilość odwzajemnionych uśmiechów, to chyba króluje Kambodża i Indonezja.

Robert Stępowski jest autorem książek o marketingu terytorialnym i personal brandingu

Mateusz Kotlarski "Kotlet na wynos czyli autostopem za równik"

Mateusz Kotlarski „Kotlet na wynos czyli autostopem za równik”

Robert Stępowski

Z pochodzenia rawiak z zamieszkania warszawiak. Serce, duszę i cały wolny czas oddałem pisaniu w październiku 2000 roku i tak jest do dziś. Pierwszym moim opublikowanym tekstem był wywiad z Ryszardem Rynkowskim. Później zakochałem się także w marketingu miejsc. Żyję tym co robię. Robię to czym żyję.

Lubię pisać o tym, na czym się znam. Dlatego ten blog poświęcony jest mediom, tym tradycyjnym i społecznościowym, content marketingowi i brandingowi personalnemu. Często pojawiać się tu będą także tematy z szeroko rozumianego obszaru lifestyle.

czytaj więcej...

Najpopularniejsze tematy

  • Zamów książkę

    Wszystkie opublikowane na blogu TrescJestNajwazniejsza.pl materiały są własnością Roberta Stępowskiego. Jeśli chcesz je wykorzystać skontaktuj się z autorem.