Prev Next

Marcin Żukowski: Bez bycia sobą i zaakceptowania siebie takim, jakim się jest, nie da się robić personal brandingu na serio i z sukcesami

Marcin Żukowski

Marcin Żukowski

O budowaniu marki osobistej i kreowaniu swojego wizerunku w mediach społecznościowych, rozmawiałem z Marcinem Żukowskim, autorem książki „Ty w social mediach”. Staram się między innymi dociec, czy faktycznie każda osoba, wykonująca dowolny zawód, musi skrupulatnie budować swoją markę osobistą, odpowiednio komunikując ją w mediach społecznościowych.

ROBERT STĘPOWSKI: Marka osobista – ma ją każdy. Ale kiedy możemy mówić, że jesteśmy „sexy” marką jak: Coca-cola, Apple, lub Mercedes, a nie wciąż jak jeden z wielu przydrożnych barów, osiedlowych spożywczaków, czy warsztatów samochodowych?

MARCIN ŻUKOWSKI: To kwestia mentalności. Po pierwsze, nie od razu Kraków zbudowano, a więc nie mamy szansy, aby w krótkim czasie zostać marką taką jak Cola czy Apple. Do tego – oprócz pomysłu, talentu, pracy i zaangażowania – potrzeba czasu. Czas jest tutaj najważniejszy. Niestety nie rozumiemy czasu, zupełnie. Szczególnie w rzeczywistości, w której możemy sprawdzić wszystko w każdej chwili, w naszym smartfonie. Wydaje się nam, że czasu mamy na wszystko zbyt mało i że możemy go oszukać. Jasne, na chwilę się da, ale na dłuższą metę czas jest naszym największym sprzymierzeńcem. By zbudować solidną markę trzeba rozumieć mechanizm czasu i robić swoje. To najlepsze hasło, idąc za Młynarskim, „róbmy swoje”, bo tylko to, niezależnie od okoliczności jest jedyną szansą na wypracowanie dobrej marki osobistej. I to jest niezbędne, aby być jak Coca-Cola czy Apple. Potrzeba czasu i pracy.

A kiedy osiągamy taki poziom jak oni? Nie sądzę, by był jakiś jeden tzw. break even point, który działa dla wszystkich. To kwestia bardziej zróżnicowana – optuję raczej za tym, że musimy poczuć taki moment, w którym stwierdzimy, że nasza marka jest taka, jaką chcieliśmy budować. I oto chodzi. Wbrew pozorom bowiem marka osobista jest kluczowa dla jej posiadacza, a nie otoczenia.

We współczesnym świecie, gdzie większość naszej aktywności faktycznie przenosimy do mediów społecznościowych, można postawić znak równości pomiędzy marką, a tym, jak jesteśmy postrzegani w mediach społecznościowych?

Absolutnie nie. To jeden z największych mitów, z którym trzeba walczyć. Z markami osobistymi czy firmowymi, które kreują się w mediach społecznościowych jest tak jak z newsami – są wiadomości prawdziwe, a są fake newsy. Te fake newsy mogą w social mediach robić karierę, mogą być komentowane, udostępniane i lajkowane, ale to nie zmienia faktu, że pozostają nieprawdziwe. Cały czas są fake’owe, a więc jeśli bierzemy je na serio, to znaczy, że daliśmy się wkręcić. I tak samo jest z wieloma markami osobistymi tzn. pseudo-markami, które w social mediach niby są popularne, dużo piszą i robią z siebie ekspertów, ale niestety jak przychodzi co do czego, jak naprawdę mają zająć się pracą i tematem, w którym teoretycznie są ekspertami to okazuje się, że niewiele potrafią. I tu widać różnice pomiędzy fake’ową marką osobistą, która buduje swoją pozycję tylko w social mediach, a prawdziwą marką osobistą, która social media wykorzystuje do umacniania swojej marki.

Jak się pilnować i zabezpieczyć przed „nieprzekoloryzowaniem” samego siebie? Aby nie okazało się, że: młodzi, piękni, mądrzy, zaradni, kreatywni i zmotywowani jesteśmy wyłącznie w social mediach, a w rzeczywistym świecie (a przecież życie zawodowe odbywa się raczej w tym rzeczywistym, a nie wirtualnym), dla pracodawcy stanowimy rozczarowanie?

Najprostsza, ale i najtrudniejsza metoda to być sobą. W ogóle w marce osobistej chodzi o bycie sobą i zaakceptowanie siebie takim, jakim się jest. Bez tego nie da się robić personal brandingu na serio i z sukcesami. Bo social media dają bardzo kuszącą obietnicę łatwego wybicia się. Tyle razy słyszeliśmy już o przykładach osób, które zrobiły coś niesamowitego za pośrednictwem Facebooka czy Twittera. Codziennie słyszymy o tym, ile można zarobić wrzucając zdjęcia na Instagram. Ulegamy temu i myślimy, że wystarczy wrzucić jakąś fotkę, aby zbudować swoją markę i zarobić miliony. Tak jak wydaje nam się, że jesteśmy kozakami jak przebiegliśmy pierwszych pięć kilometrów maratonu i czujemy się świetnie. Przyspieszamy i – jak nie jesteśmy przygotowani – to nas to wykończy. Narkotyki działają zresztą podobnie. Oferta szybkiego sukcesu czy zarobku to coś, na co często się łapiemy – nie inaczej jest z social mediami. Ale nie ma tu naprawdę łatwych i szybkich pieniędzy zarobionych na budowaniu swojej marki. To długi marsz, a nie sprint. Aczkolwiek ma szansę skończyć się zarabianiem. Ale to, czy tak rzeczywiście będzie zależy przede wszystkim od nas.

Czy w przypadku budowania marki osobistej w mediach społecznościowych, sprawdza się hasło „im więcej, tym lepiej”? Czyli, abyśmy zostali zauważeni przez potencjalnego pracodawcę, powinniśmy być aktywni we wszystkich mediach społecznościowych przez 24 godziny na dobę?

W życiu. To byłoby zupełnie nie w zgodzie z tym, o czym mówiłem przed chwilą. Po pierwsze, nie możemy dać się zwariować – aby mieć dobrą markę osobistą trzeba umieć zachować równowagę. Nie można być więc 24 godziny na dobę w sieci. A druga kwestia, wszystko zależy. Jeśli jesteś introwertykiem to nim pozostań – nie staraj się na siłę być innym w social mediach. To nie będzie prawdziwe i ludzie to wychwycą. Grunt, abyś pozostał sobą i był naturalny. Jest wiele mediów, które możesz wykorzystać – możesz pisać blog i się nie pokazywać, możesz robić podcast i działać głosem, możesz robić wideo, możesz robić relacje na żywo albo zdjęcia. Jest wiele opcji i musisz wybrać te, które do Ciebie pasują. A do tego musisz być po prostu miły, bo z miłymi inni wolą robić biznes. To prosta acz często zapominana zasada. Bycie miłym nie jest jednak równoznaczne z odpisywaniem o trzeciej w nocy zawsze i wszędzie. Jak nie odpiszesz przez kilka godzin, nic się nie stanie. Grunt byś odpisał mądrze.

„Nie ma cię w internecie (w tym na Facebooku), to nie istniejesz” – to mit czy prawda? A może to prawda tylko w odniesieniu do konkretnych osób i branż? Czy dotyczy to wszystkich? Przecież Google nie musi w wynikach wyszukiwania pokazywać niczego na temat doskonałego pracownika hipermarketu, ani nawet świetnego mechanika samochodowego, jeśli nie prowadzi on własnego warsztatu, a jedynie u kogoś pracuje. Zresztą, takich osób HR’owcy wcale nie poszukują na LinkedIn’ie, ani prawdziwości przeglądanego akurat CV nie weryfikują w wyszukiwarce.

Jak zwykle, każdy medal me dwie strony. Jasne, jeśli jestem osobą, która wykonuje zawód taki jak wspomniałeś to nie potrzebuję do tego budowania swojego wizerunku w social mediach. Aczkolwiek mogłoby to być innowacyjne i wyróżnić takiego człowieka. Wtedy mógłby zmienić pracę… Ale wracając, jeśli jestem emerytem to niby też mogę żyć bez social mediów, ale czemu mam to robić? Mogę przecież zobaczyć, co to takiego. Tak samo w tym przypadku – przecież jeśli jestem mechanikiem to mam już masę możliwości prezentowania siebie w socialu. Weźmy Doktora Mariusza – gość naprawia pralki i inne urządzenia, których nikt nie chce naprawiać, bo to się podobno nie opłaca. Ale Doktor Mariusz przełamuje ten schemat. Wyobrażam więc sobie pracownika supermarketu, który robi znakomity content do mediów społecznościowych i buduje swoją markę. Czemu nie? Jasne, to naiwne i oczywiście musimy zachować tutaj zdrowy dystans, ale nie ma co przekreślać tych czy innych osób. Jasne, dla jednych te media społecznościowe mogą być bardziej użyteczne, dla innych mniej, ale to indywidualnie od każdego z nas zależy w dużej mierze stopień tej użyteczności.

Warto pisać książki o tym, jak ma się w świecie social media zachowywać człowiek, który urodził się ze smartfonem w dłoni, a profil na Facebooku założyli mu rodzice, gdy był jeszcze w łonie matki (mówię o tym trochę prześmiewczo, ale niektórzy rodzice publikują zdjęcia płodu z badania USG)? Czy to raczej książka dla ludzi 30+, którzy cały czas uczą się mediów społecznościowych, starając się nadążyć za zachodzącymi w nich zmianami?

Ja książkę podzieliłem na poniżej 40-stki i powyżej 40-stki. Ale de facto cała jest i dla tych starszych, i dla tych młodszych czytelników. Pisząc ją myślałem o moich rodzicach i o moich rówieśnikach. Okazało się, że książkę przeczytała na przykład moja babcia i ją ona zainteresowała. Aczkolwiek największe grono czytelników to osoby pomiędzy 20, a 40 rokiem życia. I to pewnie nazwałbym w związku z tym tzw. core targetem. Bo to ludzie, którzy mogą najwięcej zmienić w swoim życiu, a ta książka jest o zmianach. Zmianach, które też robię u siebie, bo pisząc ją pracowałem nad swoją marką osobistą i cały czas nad nią pracuję. Ten proces nigdy się nie kończy i dotyczy każdego z nas. Nieważne więc ile kto ma lat to i tak ma jakąś markę osobistą. Jedyną, unikalną, ale pozostaje kwestia czy jest jej świadomy. Bo większość z nas nie ma świadomości swojej marki i w związku z tym zupełnie nie wie co z nią robić. A to podstawowy błąd, który skazuje nas na większe ryzyko bycia niezadowolonym z życia. A zadowolenie z życia jest ważne, niezależnie od wieku. Mogę więc śmiało polecić tę książkę osobom po 40-stce, aby się zmieniały i potrafiły zrozumieć młodsze pokolenie. Ale mogę ją polecić również tym przed 40-stką, aby się zmieniały, pamiętając o pewnych nieprzemijających i niezmiennych kwestiach. Choćby takich, jak to, że świat nie kończy się na mediach społecznościowych. Zresztą podobnie jak nie kończy się na czubku naszego nosa, bo markę budujemy dla siebie, ale i dla innych.

Rozmawiał: Robert Stępowski

PS: Drogi Czytelniku, jeśli chcesz – możesz, ale przecież nie musisz – to kliknij także w ten link. Uprzedzam, prowadzi on do prostej strony o marketingu terytorialnym. To jedno kliknięcie może być dla Ciebie początkiem świetnej przygody właśnie z tym zagadnieniem. Podobnie niewinnie, tak właśnie zaczęła się moja przygoda z marketingiem miast i regionów i trwa ona do dziś>>>

Robert Stępowski

Z pochodzenia rawiak z zamieszkania warszawiak. Serce, duszę i cały wolny czas oddałem pisaniu w październiku 2000 roku i tak jest do dziś. Pierwszym moim opublikowanym tekstem był wywiad z Ryszardem Rynkowskim. Później zakochałem się także w marketingu miejsc. Żyję tym co robię. Robię to czym żyję.

Lubię pisać o tym, na czym się znam. Dlatego ten blog poświęcony jest mediom, tym tradycyjnym i społecznościowym, content marketingowi i brandingowi personalnemu. Często pojawiać się tu będą także tematy z szeroko rozumianego obszaru lifestyle.

czytaj więcej...

Najpopularniejsze tematy

  • Zamów książkę

    Wszystkie opublikowane na blogu TrescJestNajwazniejsza.pl materiały są własnością Roberta Stępowskiego. Jeśli chcesz je wykorzystać skontaktuj się z autorem.