Prev Next

Jak „Press” o naTemat.pl tak naTemat.pl o „Press”

Tekst dotyczący serwisu naTemat.pl w listopadowym „Press”.

Młodziutki serwis Tomasza Lisa odważnie podniósł rękę na redaktora naczelnego miesięcznika „Press”. Czy Skworz, niczym Cyrankiewicz zechce  odciąć tę rękę? 

Dobrze znana blogerska zasada głosi „nie znam się, to się wypowiem”. I tu mam problem, gdyż „trochę” się znam, w pewnych miejscach byłem, pewne rzeczy słyszałem na własne uszy, resztę doczytałem. I czy w tej sytuacji mogę się wypowiedzieć na blogu?

Zaryzykuję i się wypowiem, oczywiście o głośmy starciu miesięcznika „Press” z firmowanym przez Tomasza Lisa, naczelnego tygodnika „Newsweek Polska”, serwisem naTemat.pl

Pod reklamodawcę lub pod czytelnika

Są, moim zdaniem, dwa podstawowe sposoby robienie branżowego pisma. Jedni wydawcy są wstanie zrobić wszystko dla reklamodawcy – czyli sprzedać mu każdy tekst nie oznaczając go jako materiał promocyjny, dorzucić trochę miałkich, niekontrowersyjnych, branżowych newsów – i gazeta zrobiona.

Inni, choć oczywiście z reklam zrezygnować nie mogą, przede wszystkim stawiają na czytelnika, starając się dostarczyć mu na tyle ciekawych, mocnych, czasami wręcz agresywnych tekstów, aby reklamodawca sam chciał przyjść, bo i on i czytelnik doskonale wie, że jest to tytuły wyrazisty,  nawet jeśli czasami trochę niepokorny.

„Press” należy chyba do tej drugiej grupy, choć i tu o reklamodawcę dbać trzeba, i trudno mi uwierzyć, że czasami, przynajmniej czasami, redaktor naczelny nie ulega presji ekonomicznej. O prasie branżowej pisałem tutaj>>>

Jest to pismo, które często nadeptuje na odcisk wydawcom, nadawcom, coraz częściej również właścicielom lub szefom agencji PR-owych i marketingowych.

Choć nie jest pismem zasięgowym, to zamieszczane w nim opinie nie pozostają bez echa w naszym, jakby nie patrzeć, bardzo małym światku medialno-marketingowo-reklamowym.

„Press” ocenia naTemat.pl

Tekst dotyczący serwisu naTemat.pl w listopadowym „Press”.

W listopadowym numerze miesięcznika „Press”, a więc aktualnym, znajdziecie tekst dotyczący serwisu naTemat.pl Nawet tym, którzy go jeszcze nie czytali, nie muszę chyba tłumaczyć, że ocena tego serwisu jest dość krytyczna. Dotyczy ona poziomu tekstów, które są przygotowywane przez dziennikarzy z niewielkim dorobkiem, często początkujących (bo tanich).

Są tam także wyjaśnione różnice dotyczące wyników oglądalności serwisu. „Press” dokładnie tłumaczy dlaczego 1 mln odwiedzin wg Googl Analytics, to jedynie ponad 600 tys. wg Megapanelu.

Generalnie w tekście znajdziecie dokładną analizę serwisu naTemat.pl (z każdej możliwej strony). Jego nieformalnych powiązań z „Newsweek Polska”, którym kieruje Lis, a jego zastępca w „Newsweeku” Aleksandra Karasińska jest jednocześnie prezesem spółki, do której należy naTemat.pl. Autor tekstu dostrzega, że jakości tekstów oraz poruszana tematyka, stoją w pewnej sprzeczności ze słowami wygłoszonymi rok temu przez Tomasza Lisa na branżowej konferencji zorganizowanej przez IAB (o poziomie mediów firmowanych przez Lisa – zwłaszcza o „Newsweeku” także pisałem). Miał to być serwis, któremu nie zależy na klikalności, tylko na merytorycznych, dobrze napisanych tekstach z równie merytorycznymi komentarzami (i to ostatnie faktycznie się serwisowi naTemat.pl udało, dzięki komentarzom z Facebooka).

Machała nie mógł się domyślać?

Kiedy jednak „Press”, zawierający ten krytyczny artykuł, miał się ukazać, serwis naTemat.pl, 31 października opublikował równie krytyczny tekst, dotyczący miesięcznika „Press”, a właściwie jego redaktora naczelnego Andrzeja Skworza.

Oczywiście Tomasz Machała, redaktor naczelny naTemat.pl odpiera w komentarzach zarzuty, że tekst o Skworzu jest odwetem za materiał dotyczący jego serwisu, bo przecież on nie wiedział co znajduje się w „Pressie” przed jego publikacją, a więc przed 1 listopada.

Nie wiedział? Nie mógł się domyślać?

Przecież wiedział o co i jak dokładnie pyta go dziennikarz. Czuł jakich informacji szukał, o komentarz do jakich sytuacji prosił. Przecież dopytywał o to, co lepiej, aby nie były przedstawiane szerokiemu gronu czytelników. A jeśli pytał, tzn., że chciał o tym napisać, a nie tylko wiedzieć dla własnej satysfakcji. I być może nawet autoryzował wypowiedzi.

I ja tam byłem…

Maria Peltz-Orlińska

Cieszę się, że nie piszę teraz tego tekstu, ot tak, po przeczytaniu tylko tekstów w miesięczniku „Press” i serwisie naTemat.pl, gdyż zarówno w konferencji, podczas której Tomasz Lis o swoim „jakościowym” projekcie mówił, jak i w debacie dotyczącej kradzieży kontentu (zresztą jak widzicie zdjęcie Andrzeja Skworza w naTemat z tej konferencji pochodzi – moje jest lepszej jakości :) ) uczestniczyłem. Podczas debaty dotyczącej własności treści, wśród publiczności siedział również sam Tomasz Machała, a współpanelistką Skworza była Maria Peltz-Orlińska.

Już w tym panelu, kilka razy padły słowa wyraźnie pokazujące średnią przyjaźń, którą darzą się oba media. Peltz-Orlińska powiedziała, że przez wiele lat otrzymywała Presserwis, ale go nie zamawiała, więc i regularnie nie czytała, a także zwróciła naczelnemu „Press” uwagę, że nie ma co się skupiać na gazecie, która sprzedaje się w nakładzie 3 tys. egz. (mowa o „Press”, a Skworz faktycznie prawie cały czas tylko o swoim tytule mówił) i lepiej mówić o mediach masowych (czyli np. o naTemat.pl).

Andrzej Skworz.

Skworz oczywiście dłużny nie był i także elegancko i delikatnie szpileczki serwisowi naTemat.pl wpijał.

Róbmy dzieci, a nie wojnę – mawiała moja znajoma

Zapewne teraz, drogi czytelniku, czekasz na mój osąd i moją ocenę całej tej sytuacji. I chyba cię trochę zawiodę. Nie poprę ani jednej, ani drugiej strony tego sporu i nie wynika to wcale z mojej asekuracji i wiary, że takie postępowanie otworzy mi drogę do pracy w mediach kierowanych zarówno przez Tomasza Lisa jak i w „Pressie”, a przynajmniej mostów tych sobie nie spalę.

Bez przesady. Za malutki jestem, aby którekolwiek z tych mediów zaproponowało mi współpracę, czyli chciało mnie „kupić”.

Totalna wolność (w granicach prawa i przyzwoitości), to bez wątpienia zaleta prowadzenia malutkiego, niszowego bloga.

Mimo to, pewnej oceny dokonam. W moim odczuciu oba teksty są bardzo ciekawe dla środowiska dziennikarskiego. Są całkiem solidną analizą zarówno miesięcznika „Press” jak i serwisu naTemat.pl – pytanie tylko czy niezbędną? Czy naprawdę warto w tym naszym środowisku tak bardzo nawalać się po głowie, albo tylko kopać po kostkach? A może nawet trafniejsze byłoby pytanie – gdzie jest granica wzajemnej krytyki? I po co ta cała wojenka?

Jednak dostanie się trochę serwisowi naTemat.pl

Zastanawiam się również, czy uzasadniona jest personalna ocena Skworza jako szefa. To jego biznes. Nikt nie musi u niego pracować. Oczywiście, że można mówić, że jest kryzys, więc gdzie mają pójść dziennikarze, muszą pracować choćby mieli codziennie zaciskać zęby.

Oj, mi o skutkach kryzysu w mediach mówić nie trzeba. Więc nie rozumiem takiego tłumaczenia. Są zapewne w „Pressie” też takie osoby, którym odpowiada ten styl zarządzania redakcją. Ja zawsze powtarzam, że w pracy, poza namacalnymi i bardzo istotnymi czynnikami mającymi wpływ na zadowolenie z niej (wysokość wynagrodzenia, rodzaj umowy, narzędzia pracy, liczba godzin, którą trzeba pracy poświecić itp…), są też te niemierzalne, a dotyczące atmosfery i jakiejś trudnej do określenia, metafizycznej „chemii”, która albo jest w zespole, a także pomiędzy przełożonym, a podwładnym, albo nie ma. I ta właśnie „chemia” powstaje tylko pomiędzy niektórymi osobami. Dlatego w każdym wypadku personalne wycieczki uważam za lekko niewłaściwe i nieuzasadnione, zwłaszcza jeśli ocenia się czyjąś prywatną działalność gospodarczą (chyba, że ten ktoś kieruje swoją firmą bardzo nieudolnie, sam tego nie dostrzega, a pomóc sobie nie pozwoli).

Zgadzam się z tym, co powiedział Grzegorz Hajdarowicz przedstawicielom Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, którzy zaczęli nie tylko oceniać, ale chcieli wręcz mieć wpływ na jego decyzje personalne i biznesowe dotyczące „Rzeczpospolitej”.

I jeszcze jeden kamyczek dotyczący pani Karoliny Korwin-Piotrowskiej, którą miałem kiedyś przyjemność poznać i muszę przyznać, że prywatnie to sympatyczna osoba. Trochę mnie jednak już ona nudzi. Jest wszędzie i komentuje chyba wszystko. Mam bardzo subiektywny, lekki przesyt.

Dostanie się i „Pressowi”

 Zgadzam się natomiast z tym, co o „Pressie” napisał serwis Lisa. Otóż faktycznie, wpływ tego tytułu, poza prestiżem, na życie branży jest niewielki. Wszyscy się cieszą i są ogromnie dumni, kiedy się w nim zobaczą (zresztą Machała także pojawiał się w nim dość często – ciekawe, czy nadal tak będzie), albo wkurzają się ogromnie, gdy przeczytają w nim krytyczny tekst na swój temat. Czy jednak te opinie mają realny wpływ na ich projekty lub ich dalsze życie zawodowe?

Bądźmy szczerzy – nie mają.

Papier jest i przez pewien czas jeszcze – zapewne długi czas – będzie prestiżowym nośnikiem. Tylko z czasem ten prestiż, będzie miał coraz większe problemy z zarobieniem na siebie. Co wtedy? Część branżowych tytułów, po prostu zniknie z rynku, inne będą musiały budować swój prestiż od nowa na innym nośniku. Będą musiały udowodnić, że Treść Jest Najważniejsza bez względu na to, czy otrzymujemy ją na papierze, tablecie, stronie www, czy mobilnej aplikacji. Niestety, jest to powolny proces zmiany naszego, odbiorców, sposobu myślenia o wartościowych treściach, które przecież nie muszą i z czasem nie będą podawane na zadrukowanych kartkach papieru.

Ilu wydawców stać, by przetrwać ten przejściowy okres? I przy jakiej sprzedaży należy powiedzieć „DOŚĆ – REZYGNUJĘ Z PAPIERU”? Kiedy nadejdzie taki dzień dla miesięcznika „Press”? A może nie nadejdzie. Może zmieni się on np. w kwartalnik o objętości 500 stron i cenie 150 zł za egzemplarz? Wówczas wystarczy, że będzie czytać go 1 tys. prezesów i dyrektorów, aby zarobić na swoje utrzymanie.

PS: Choć nie boję się tego, że poprzez ten tekst stracę szansę pracy w którymś z dziś opisywanych mediów (bo nikt mi takiej propozycji nawet nie myśli składać, więc czego mam się obawiać), to trochę boję się, że kiedyś, w jakiejś publikacji, przeczytam jaki to ja i mój blog, a także inne projekty, które prowadzę, a których się nie wstydzę i ich nie ukrywam – są beznadziejne. Tak, czy owak. Jeśli napiszą o takim małym robaczku jak ja i nie przekręcą nazwiska, to przecież dla mnie, będzie to większa promocja niż krzywda :)

Robert Stępowski

Zdjęcie z konferencji dotyczącej kradzieży kontentu.

Robert Stępowski

Z pochodzenia rawiak z zamieszkania warszawiak. Serce, duszę i cały wolny czas oddałem pisaniu w październiku 2000 roku i tak jest do dziś. Pierwszym moim opublikowanym tekstem był wywiad z Ryszardem Rynkowskim. Później zakochałem się także w marketingu miejsc. Żyję tym co robię. Robię to czym żyję.

Lubię pisać o tym, na czym się znam. Dlatego ten blog poświęcony jest mediom, tym tradycyjnym i społecznościowym, content marketingowi i brandingowi personalnemu. Często pojawiać się tu będą także tematy z szeroko rozumianego obszaru lifestyle.

czytaj więcej...

Najpopularniejsze tematy

  • Zamów książkę

    Wszystkie opublikowane na blogu TrescJestNajwazniejsza.pl materiały są własnością Roberta Stępowskiego. Jeśli chcesz je wykorzystać skontaktuj się z autorem.