Prev Next

Jak osiągnąć sukces? Co zrobić, by być szczęśliwym?

Czy to co robisz, daje ci szczęście, a przynajmniej spełnienie? A może nie lubisz: poniedziałków, wtorków, śród, czwartków i piątków? (grafika zapożyczona).

Czy to co robisz, daje Ci szczęście, a przynajmniej spełnienie? A może nie lubisz: poniedziałków, wtorków, śród, czwartków i piątków? (grafika zapożyczona).

Jeśli potrafiłeś odpowiedzieć sobie na te pytania, to jesteś już na dobrej drodze, aby osiągnąć „swój sukces” i „swoje szczęście”. Ja odpowiadam sobie na te pytania każdego dnia i chyba zbliżam się do odpowiedzi na nie. Oto kilka moich refleksji.

Czym jest szczęście i życiowy sukces?

Oczywiście wszystko zależy od wielu czynników, ale w moim przekonaniu, poczucie szczęścia zależy głównie tego, na jakim etapie życia się znajdujemy i o którym jego obszarze mówimy. Najważniejsza jest jednak umiejętność pewnego zbalansowania różnych sfer życia. Zadowolenia z życia prywatnego (rodzinnego/społecznego) i zawodowego z możliwością realizacji swoich pasji. Jeśli uda nam się to wszystko połączyć, to z dużym prawdopodobieństwem będziemy mogli mówić, że jesteśmy ludźmi szczęśliwymi, a przynajmniej spełnionymi.

Szczęście, rutyna i presja społeczna

Tylko, czy takie „ułożone” życie nie sprawi, że popadniemy w rutynę? Jak ma się nasze szczęście do społecznych oczekiwań, które wymuszają na nas pewną standaryzację życiowych zachowań, nawet jeśli byłyby one nie do końca zgodne z naszymi oczekiwaniami i potrzebami?

Tu faktycznie może pojawić się pewien problem i ryzyko. Dlatego każdy z nas musi sam sobie odpowiedzieć na szereg pytań, gdyż szczęście jest bardzo indywidualne. Ważne jednak, abyśmy pewnego dnia nie poczuli się jak dzikie zwierzątka, które urodziły się w ZOO i pomimo tego, że odczuwają wrodzony dziki instynkt, to mimo wszystko nie znają świata poza swoją klatką.

Czują, że kraty stanowią ograniczenie ich wolności, że gdzieś ich ciągnie, ale nauczyły się, że tu, w klatce, żyją w swojej strefie komfortu. Dostają regularnie jeść. Nikt i nic na nich nie poluje. Kiedy przychodzą upały mają w zasięgu kilku kroków cień, a gdy jest zimno – ogrzewany boks.

I my, zazwyczaj żyjemy właśnie w takiej strefie komfortu. W społecznym ZOO. Wielu z nas czuje, zupełnie szczerze, że to daje im szczęście. I jeśli tak jest – to należy się tylko cieszyć. Ale ile osób powtarza pewne schematy w wyniku społecznej presji? Ilu z nas chciałoby, jak dzikie zwierzę, porzucić naszą bezpieczną, ograniczającą nas klatkę i ruszyć w nieznane, z pełną świadomością tego, co się zostawia (możliwość spłacania kredytu i corocznego wyjazdu wakacyjnego do egzotycznego kraju) i zagrożeń, które czekają poza klatką? Ale co nas bardziej blokuje – świadomość tych zagrożeń, czy strach, że otaczająca nas społeczność nie zaakceptuje naszej decyzji? Nie zrozumie jej i odwróci się od nas, nazywając nas „wariatami”?

Strach, który nas blokuje

W mojej książce „Jak osiągnąć sukces” (ten wpis nie ma nic wspólnego ze wspomnianą książkę, którą swoją drogą serdecznie polecam), poświęciłem kilka stron na próbę udowodnienia, że to właśnie strach, a nie brak pieniędzy, czy umiejętności/kompetencji jest naszym największym wrogiem i zagrożeniem dla podejmowanych przez nas działań biznesowych – zwłaszcza w początkowej fazie rozwoju firmy.

Rozdział poświęcony strachowi, napisałem do książki, na podstawie własnych obserwacji, przemyśleń i doświadczeń.

Kilka dni temu miałem niezwykła przyjemność spotkać się z pewnym przedsiębiorcą, który „zdradził mi” tajemnicę swojego biznesowego sukcesu. Potwierdził, że to właśnie strach najbardziej nas blokuje. Te „strachy” i „obawy” mogą być różne i mieć różną twarz. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie ze względu na nie, nie podejmujemy wielu decyzji.

Sami zakładamy sobie pewien kaganiec, bo w nim czujemy się bezpieczniej, nawet jeśli jest miałby on nas lekko uwierać. Ta ograniczająca nas krata, odbiera nam wolność, ale też daje bezpieczeństwo oraz pewność, że nikt i nic z tego wolnego świata nie zakłóci naszego bezpieczeństwa.

Zgadzamy się na pewne ustępstwa i ograniczenia, bo boimy się przekroczyć granicę, która nas ogranicza. Boimy się również krytyki i odrzucenia. Niekiedy, bardziej boimy się braku społecznej akceptacji (niekiedy wręcz środowiskowego ostracyzmu) niż podjęcia się choćby mało rozsądnych i prawie niewykonalnych, ale dających nam szczęście, zdań.

Bezmyślność nie jest w cenie

Być może teraz, drogi Czytelniku, myślisz sobie – człowiek, który to pisze jest oderwanym od rzeczywistości idealistą i szkoda czasu na dalsze czytanie tego wpisu.

Jeśli tak pomyślałeś i w tym momencie opuścisz mój blog, nigdy tu nie wracając oraz nie zechcesz mnie poznać w realu, nie będę miał Ci tego za złe. Smutne, ale wydaje mi się, że jakoś dam radę z tą świadomością żyć. Zwłaszcza, że jestem chyba ostatnią osobą, która namawiałaby kogokolwiek do skakania na główkę do mętnej i nieznanej wody.

Strach, o którym wcześniej pisałem, jest czymś zupełnie naturalnym. Ba. Wręcz pożądanym. Kiedy poczujemy, że zupełnie nie odczuwamy strachu, wówczas należy szybko udać się do specjalisty i zapewne powinien to być psychiatra.

Ale zupełnie czym innym jest strach blokujący nas (strach przed podjęciem jakiegokolwiek ryzyka), czym innym strach świadomy, czyli samozachowawczy (aby nie skakać na główkę do mętnej i nieznanej wody, nie wchodzić w watahę wygłodniałych wilków, czy nie wkładać ręki do ognia lub gniazdka elektrycznego).

Ten drugi pozwala nam realnie oceniać rzeczywistość, dostrzegać zagrożenia i podejmować decyzje, które z dużym prawdopodobieństwem pozwolą nam ich uniknąć.

Mówiąc obrazowo i znów odwołując się do przykładu zwierzątka z ZOO – „wiem, że po drugiej stronie krat jest wataha wygłodniałych wilków, mam świadomość co się stanie jeśli wejdę między nie, ale nie oznacza to, że rezygnuję z próby wyjścia na wolność, wręcz przeciwnie – intensywnie zastanawiam się co zrobić, aby wyjść na wolność, jednocześnie omijając to stado wilków”.

Jak to u mnie jest

Czy jestem szczęśliwy? Czy odniosłem sukces?

Zadaję sobie te pytania codziennie (zwłaszcza na gruncie zawodowym) i codziennie szukam na nie odpowiedzi. Coraz częściej odnoszę jednak wrażenie, że znalazłem odpowiedź i chyba z dużym prawdopodobieństwem mogę odpowiedzieć na nie twierdząco.

Dziś wiem, że nigdy nie będę szczęśliwy, jeśli praca zawodowa nie będzie dawać mi poczucia spełnienia.

Miałem to ogromne szczęście, że praktycznie zawsze trafiałem na szefów, którzy dawali mi ogromny kredyt zaufania i dużo swobody w działaniu, a także trafiałem do zespołów, w których czułem się dobrze.

Wiem też, że nigdy nie będzie ze mnie dobrego pracownika jeśli:

- ktoś lub coś będzie bardzo ograniczać moją swobodę działania (zarówno w godzinach pracy jak i poza nimi. W pracy muszę czuć, że się rozwijam, ale w sposób naturalny, a nie pod przymusem. Praca nie może również ograniczać moich aktywności pozazawodowych – czyli jeśli chcę napisać książkę, to sobie ją piszę i oczywistym jest, że nie będzie ona dotyczyć mojego pracodawcy/klienta);

- z jakiś powodów w miejscu pracy atmosfera nie będzie zbyt dobra (brak chemii i pozytywnego iskrzenia);

- będę odczuwał, że dana praca nie jest naturalnym elementem mojego życia, ale czymś, co agresywnie wdziera się w nie i odbiera mi znaczną jego część oraz moją prywatność.

Zaryzykowałem nie raz, świadomie ryzykuję każdego dnia i jestem w tym konsekwentny

Kiedy miałem 19 lat (dziś mam 33), zapukał ktoś do mych drzwi i zaproponował mi pracę, do której kompletnie nie byłem przygotowany. Zaryzykowałem ja, choć wtedy jeszcze kompletnie nie wiedziałem czym jest strach. Dużo bardziej zaryzykował mój pracodawca, ale on był bardzo świadom ryzyka, które podejmuje. Chronił siebie, ale przede wszystkim mnie, a ja na moje szczęście, mu zaufałem. I za to mu dziękuję. Przepracowaliśmy wspólnie 4,5 roku. O tym, ze dobrze nam się współpracowało, niech świadczy fakt, że gdy któregoś dnia zadzwonił do mnie, że chciałby ze mną porozmawiać (o sprawach zawodowych) o godz. 22, to ja nie widziałem najmniejszego problemu, aby na tym spotkaniu się pojawić.

W wieku 24 lat sprawdziłem na mapie gdzie znajduje się Ciechanów, spakowałem torbę (naprawdę tylko jedną), wsiadłem najpierw do autobusu, w Warszawie przesiadłem się do pociągu i pojechałem odbudowywać, a może wręcz budować od początku, redakcję tygodnika „Nasze Miasto”. W Rawie zostawiłem ciepłą posadkę w Miejskim Domu Kultury (zapewne mógłbym pracować tam do dziś). Za możliwość podjęcia tego ryzyka i zmierzenia się z tym wyzwaniem, także dziękuję mojemu szefowi.

Od 2008 roku, tak naprawdę, pracuję na swoim. Miałem w tym czasie roczny „romans” z działem krajowym „Rzeczpospolitej” – jako jej stały pracownik z własnym biurkiem i komputerem – oraz przez rok kierowałem redakcją internetową Radia Dla Ciebie. Współpracowałem też jako dziennikarz m.in. z Onet Biznes, INFOR Ekspert i miesięcznikiem BRIEF, ale cały czas rozwijałem swoje projekty, zgrupowane w dwóch obszarach:

1) Marketing terytorialny (własny serwis internetowy www.MarketingMiejsca.com.pl, magazyn drukowany o tym samym tytule, książki o tej tematyce – od pisania, przez wydanie i dystrybucję, komentarze i artykuły dla innych mediów, szkolenia i prelekcje, propozycje prowadzenia zajęć na kilku uczelniach).

2) Rawa Mazowiecka (własny serwis www.KochamRawe.pl, drukowana, bezpłatna gazeta o tym samym tytule, działalność wydawnicza na zlecenie lub okolicznościowe albumy wprowadzane do obrotu detalicznego, sprzedaż reklam do serwisu www, gazety i TV kablowej).

Już kiedyś pisałem na blogu o mojej działalności, więc nie będę powtarzał.

Dodatkowe informacje o mnie na GoldenLine i Linkedin.

Kiedy podejmuję się jakiegoś zadania, czuję, że jego realizacja sprawia mi przyjemność, daje satysfakcję, to potrafię oddać się cały morderczej pracy. Wstawać o godz. 3 w nocy i siadać do komputera, by zacząć dzień z czystym umysłem, zarówno w tygodniu jak i w weekend. Pracować tak przez całe lata, wcale nie oczekując gigantycznych profitów finansowych za swoją pracę.

Jednak kiedy projekt mnie męczy. Wyciska ze mnie łzy. Kiedy zwyczajnie go nie czuję, nie rozumiem i nie widzę najmniejszego sensu w jego realizacji, a do tego nie potrafię znaleźć wspólnego języka z osobami, z którymi go tworzę, bardzo szybko odpuszczam. Szkoda zdrowia i czasu. Być może gwoździe można robić bez pasji, bez zespołowej „chemii”, bez wzajemnego motywowania się, bez poczucia sensu i radości, ale tego co robię ja, niestety tak się nie da. Ja przynajmniej nie potrafię i nie chcę.

Jestem konsekwentny i uparty w swoich działaniach. Czasami nawet za bardzo, kosztem własnego zdrowia i czasu, który powinienem poświęcić najbliższym. Nie potrafię jednak zaangażować się w projekty, których nie czuję. Kiedy przychodzi mi się z takim zmierzyć, bardzo szybko i z pełną świadomością, jestem wstanie powiedzieć DZIĘKUJĘ, ALE NIE.

Po 15 latach pracy zawodowej, wiem kiedy powiedzieć STOP. Kiedy się wycofać z jakiegoś projektu bez straty dla mnie, dla projektu jak i partnerów z którymi coś realizuję.

Kiedy coś robię chcę widzieć tego sens. Chcę mieć przed oczyma cel, który rozumiem i akceptuję, a następnie w taki sposób do niego dążyć, aby go osiągnąć. Nigdy nie byłem zwolennikiem działania, dla samego działania. Pracy, dla samej pracy. Potrzebuję nagrody w postaci osiągniętego celu, pod warunkiem, że sam proces także daje mi radość płynącą z tworzenia. Nawet, jeśli ten proces jest dla mnie męczący i momentami mam po ludzku dość.

Nie ma nic złego w tym, że czasami chcemy rzucić wszystko w ch…e. To normalne. Każdy z nas ma czasami taki dzień. Ważne jest jednak to co dzieje się następnego dnia i dwa dni później. Czy wciąż mamy dość, czy jednak następnego dnia i w kolejne dni, mimo wszystko wstajemy z kolan, otrzepujemy się, uśmiechamy i dążymy do tego naszego celu.

Być może piszę tak, gdyż lubię pracować projektami. Każde moje działanie jest właśnie swoistego rodzaju projektem. Przygotowanie raportu. Napisanie artykułu. Wydanie książki. Przygotowanie kolejnego numeru gazety. Zorganizowanie pracy redakcji, czy skompletowanie jakiegoś zespołu. To wszystko mniejsze lub większe projekty. Czasami wręcz długotrwałe projekty. Jednak każdy z nich da się opisać, zaplanować, wyznaczyć cel. Dobór narzędzi, które pozwolą cel osiągnąć jest czymś zupełnie wtórnym.

Post Scriptum

Jeśli przeczytałeś. Zgadzasz się z moimi przemyśleniami lub masz zupełnie odmienne zdanie. Chcesz na ten temat podyskutować. Napisz do mnie mail lub na Facebooku. Możemy umówić się również na kawę i wymienić doświadczeniami – luźno i bez żadnych zobowiązań.

Być może masz dla mnie jakąś propozycję biznesową, ponieważ czujesz, że myślimy podobnie i możemy znaleźć płaszczyznę współpracy. Jeśli tak jest również pisz śmiało.

To, co powyżej napisałem, jest szczere i prawdziwe. Nie udaję kogoś kim nie jestem. Nie powtarzam tu również „prawd” wyczytanych w poradnikach motywacyjnych wątpliwej jakości.

Robert Stępowski

Moje książki TUTAJ>>>

Ja w mediach TUTAJ>>>

ZARYZYKUJ I KLIKNIJ W TEN LINK. NIE MUSISZ, ALE MOŻESZ :)

Książki dostępne m.in. na www.KsiegarniaROSTER.pl

Książki dostępne m.in. na www.KsiegarniaROSTER.pl

Robert Stępowski

Z pochodzenia rawiak z zamieszkania warszawiak. Serce, duszę i cały wolny czas oddałem pisaniu w październiku 2000 roku i tak jest do dziś. Pierwszym moim opublikowanym tekstem był wywiad z Ryszardem Rynkowskim. Później zakochałem się także w marketingu miejsc. Żyję tym co robię. Robię to czym żyję.

Lubię pisać o tym, na czym się znam. Dlatego ten blog poświęcony jest mediom, tym tradycyjnym i społecznościowym, content marketingowi i brandingowi personalnemu. Często pojawiać się tu będą także tematy z szeroko rozumianego obszaru lifestyle.

czytaj więcej...

Najpopularniejsze tematy

  • Zamów książkę

    Wszystkie opublikowane na blogu TrescJestNajwazniejsza.pl materiały są własnością Roberta Stępowskiego. Jeśli chcesz je wykorzystać skontaktuj się z autorem.