Prev Next

Co uświadomił mi Andrzej Tucholski?

Przygotowany do wywiadu z Andrzejem Tucholskim – jestKultura.pl

Ktoś rano zapukał do drzwi. Właśnie myłem zęby. Otworzyłem, a on zapytał: „Ty do nas aplikowałeś? Jedziesz teraz ze mną do pracy?”. Chodziło o nową pracę. Aby podjąć kolejną pracę, musiałem się przeprowadzić. Dzięki Andrzej za uświadomienie mi „sytuacji idealnej”.

Z Andrzejem Tucholskim, twórcą bloga jestKultura.pl spotkałem się w minioną sobotę. Przy kawce, rozmawialiśmy o jego blogowaniu, budowaniu marki bloga i marki osobistej. O tym co się mu dzięki blogowaniu już udało osiągnąć, a co osiągnąć by chciał (Andrzej ma dopiero 21 lat, a od 3 lat prowadzi obecnego bloga). Wywiad z Andrzejem znajdzie się w mojej książce, o tym jak budować swój osobisty brand w oparciu o wysokiej jakości content.

Książka jeszcze w tym roku trafi do sprzedaży.

Ostatecznie książka z wywiadem z Andrzejem Tucholskim trafiła do sprzedaży dopiero w 2014 roku i nosi ona tytuł „Promocja marki. Poradnik dobrych praktyk.

Kiedy opowiedziałem blogerowi moją historię z Ciechanowa, Andrzej stwierdził, że miałem „idealną sytuację”. To prawda – miałem. I dlatego w skrócie postanowiłem moje zawodowe przygody opisać, życząc Wam, abyście mieli w pracy tyle swobody działania co ja.

Zawsze dostawałem więcej niż chciałem

Kiedy w 2003 roku pracowałem w jednym z rawskich tygodników (najpoważniejszej gazecie w Rawie) i współpracowałem (uwaga, tu poważne wyznanie i nie ma z czego się śmiać :) ) z miesięcznikiem „Wiadomości – Włókno, Odzież, Skóra”, starałem się uprosić właściciela rawskiej (i kilku innych) kablówki, o możliwość robienia jednego, krótkiego programu (formatu) w kanale lokalnym (4 tys. abonentów – z czego znaczna większość oglądała program).

Nasze rozmowy trwały tygodniami, a chodziło przecież tylko o kilka minut na antenie.

Byłem cierpliwy, ale przypominałem o swoim istnieniu potencjalnemu szefowi regularnie. Bardzo regularnie :)

Aż tu nagle, w dzień zakończenia roku szkolnego (pamiętnego 2003 roku), prawdopodobnie około godz. 8 rano, gdy myłem sobie zęby (pamiętam jak dziś), szykując się do pracy w lokalnej gazecie, do drzwi zapukał obcy mi facet i zapytał:

- Ty aplikowałeś do nas do pracy?

- Tak – odpowiedziałem zmieszany.

- To pracujesz. Jedziesz ze mną teraz do niej, czy będziesz za pół godziny? – zadał kolejne trudne pytanie.

- Będę za pół godziny – wybełkotałem.

Oczywiście nie było szans, abym był za pół godziny, gdyż tyle czasu zajmowała droga z domu do firmy, a ja jeszcze musiałem przetrawić sprawę i dokończyć mycie zębów.

Spóźniony, poszedłem do firmy. Dowiedziałem się, że redaktor prowadzący już tam nie pracuje i ja od dziś dostaję cały program, a od poniedziałku przejmuję wszystkie obowiązki, natomiast za pół godziny idziemy na pierwszy materiał, abym się szybko wdrożył.

I tak zaczęła się moja czteroletnia przygoda z tą firmą.

Z czasem przejęliśmy także programy w Łowiczu i Sochaczewie. Nam pozwoliło to na wyższe wynagrodzenie, a firmie, mimo to, na oszczędności na poziomie ok. 30%. Naszym domem była firma i samochód. Miesięcznie, bez większego napinania się, przejeżdżaliśmy 2-2,5 tys. km. i tak przez 2 lata. Choć z Bogdanem (operatorem) na początku mieliśmy parę ostrych spięć, to później stanowiliśmy chyba idealny team.

Jedna z naszych pierwszych kłótni dotyczyła czasu pracy. Bogdan opierniczył mnie (wówczas 20-letniego chłoptasia) o to, że on pracuje w godz. 8-16 i nie ma zamiaru jeździć na nagrania po godz. 16.

Ja już wtedy wiedziałem, że dziennikarstwo to nie praca, tylko życie, więc mi wydawało się, że trzeba być tam i wtedy, gdy coś się dzieje – nawet jeśli to coś dzieje się wieczorem, albo o innej, nierozsądnej porze.

Z czasem i Bogdan to zrozumiał. Wcale nie dlatego, że na niego nakrzyczałem, czy zagroziłem, że go zwolnię (albo poproszę o to szefa). Po prostu się dotarliśmy.

Zresztą, bez przesady. Nie miałem tyle odwagi, aby krzyczeć na faceta, który mógłby być moim ojcem.

Kiedy w 2006 roku, tuż przed wyborami samorządowymi pracowaliśmy przez 3 tygodnie non-stop (ciurkiem 21 dni) przyszła powyborcza, wolna niedziela. Pamiętam z jakim zdziwieniem i zatroskaniem Bogdan pytał mnie, czy na pewno mamy wolny dzień – całkowicie wolną, całą niedzielę? Tak. Po trzech tygodniach mieliśmy tylko niedzielę wolną, bo w sobotę też pracowaliśmy.

Ale w jak sympatyczny sposób pracę dostałem, tak po 4 latach ją straciłem.

Właściciel wypowiedzenie umowy o pracę przysłał mi pocztą (sprzedał firmę). Prowadziłem wówczas jakąś imprezę w domu kultury, gdy dotarł do mnie ten list. W przerwie (gdy na scenie coś się działo, a prowadzący, czyli ja, niczego nie zapowiadał) odebrałem list, przeczytałem, łza się zakręciła w oku i wróciłem prowadzić dalej imprezę. Tak, jakby się nic nie stało.

Nie tylko prowadziłem program w kablówce. Zorganizowałem akcje „Uwolnić książkę” (na zdjęciu podczas inauguracji tej akcji – w pizzerii, w której przeczytaną książkę można było wymienić na nagrodę – pracownicy lokalu przepytywali ze znajomości treści) i kilka edycji plebiscytu na „Osobowość Roku”

W obcym mieście miałem dużo swobody

Wtedy zaczęło się moje intensywne poszukiwanie nowej pracy. Wówczas (w maju 2007 roku) Grupa Wydawnicza Polskapresse uruchomiła na Mazowszu 5 tygodników „Nasze Miasto” (z redakcjami w: Ciechanowie, Płocku, Radomiu, Siedlcach, Żyrardowie). Był to początek tworzenia ogólnopolskiego dziennika „Polska”. Kiedyś o tym tytule napiszę oddzielną notkę.

Zacząłem pytać o pracę. Myślałem o pracy w redakcji w Żyrardowie, ze względu na odległość od Rawy. Okazało się jednak, że praca jest w tylko w Ciechanowie. Mój przyszły szef (Jerzy Wlazło) powiedział mi w rozmowie telefonicznej:

- W przyszłym tygodniu jadę do Ciechanowa, będę tam zatrudniał nowego szefa redakcji, zarekomenduję pana, zapewne się dogadacie.

Oczywiście zgodziłem się bez wahania, choć pojęcia nie miałem, gdzie dokładnie (poza tym, że gdzieś na Mazowszu) znajduje się Ciechanów. Sprawdziłem, że jest połączenie kolejowe, więc odsapnąłem z ulgą.

Zacząłem się też zastanawiać, dlaczego ja nie mógłbym zostać szefem redakcji w Ciechanowie, przecież na dziennikarstwie się znam i z ludźmi też daję sobie radę.

W dłuuuugim mailu, zaproponowałem mojemu przełożonemu własną kandydaturę na to stanowisko i czekałem na kontakt.

Zostałem zaproszony na rozmowę do redakcji na ul. Domaniewską. Pojechałem z przekonaniem, że będę dziennikarzem. Ale rozmowa ewidentnie wskazywała, że mam być szefem ciechanowskiego oddziału.

I tak, dostałem pracę.

Pojechałem do Ciechanowa wynająć mieszkanie, a kiedy już tam byłem wszedłem zobaczyć redakcję i ludzi. Nieśmiało zajrzałem przedstawiłem się i powiedziałem, że będę tu pracował.

Wtedy padło pytanie:

- Jako kto?

- Szef – odpowiedziałem, wbrew pozorom, niezwykle skromnie i nieśmiało. Miałem wtedy 24 lata i pryszcze :)

Tydzień później, 10 grudnia 2007 roku, przyjechałem do Ciechanowa z jedną torbą podróżną na ramieniu i zacząłem pracować.

Kogoś ze starego składu zwolniłem, ktoś zwolnił się sam. Kogoś zatrudniłem i pracowałem ciężko bez odliczania godzin. Wymyślałem tematy, planowałem, organiozowałem pracę dziennikarzom, dbałem, aby dostali umowy i na czas wypłatę. Wierszówkowiczów najpierw musiałem wycenić. Sam też nie stroniłem od pisania tekstów. Często tych najtrudniejszych.

Pierwszych kilka miesięcy było bardzo trudnych. Gazetę, która praktycznie nie istniała, trzeba było postawić szybko na nogi. To był mój cel i punkt honoru. Powiedziałem zresztą o tym już na pierwszym kolegium redakcyjnym zespołowi. Nie wszystkim się to spodobało.

Udało mi się jednak zbudować fantastyczny trzon redakcji (nie mówię o współpracownikach, którzy przychodzili i odchodzili, jak to ze współpracownikami bywa):

  • Gosia – ze starej ekipy, moja rówieśniczka, ale już mężatka i dzieciatka (a za chwilę w ciąży z drugim dzieckiem).
  • Edmund – trzeźwy alkoholik. Dość stanowczy i bezkompromisowy (miał córkę chyba w moim wieku). Zatrudniłem go w pierwszych dniach mojej pracy.
  • Piotr – były samorządowiec z wieloletnim doświadczeniem dziennikarskim (z nim jednym wciąż utrzymuję kontakt – też chyba w wieku Edmunda);
  • Darek – chwilowy epizod – był świetnym dziennikarzem, z ogromnym doświadczeniem, ale niestety problemem alkoholowym. Potrafił ginąć na kilka dni bez wieści, a gdy wracał w całe redakcji śmierdziało wódką;
  • Tadeusz – emerytowany dziennikarz – z nim jednym do końca byłem na per pan. To było cudne, gdy Tadeusz w dniu składu o godz. 2 w nocy zasypiał na klawiaturze. Wysyłaliśmy go do domu, bo przecież swoje już zrobił, a on dziarsko odpowiadał „jestem członkiem zespołu i jeśli wy pracujecie to ja z wami”. Po chwili znów zasypiał i uderzał czołem w klawiaturę. To było bardzo miłe – nie jego zasypianie, ale to, że czuł się współodpowiedzialny za gazetę.
  • Benia – śliczna i przesympatyczna dziewczyna, buzia jej się nie zamykała – oczywiście od gadania. Ale wszystko robiła tak szybko i teksty oddawała tak późno, że ja później nie miałem już nawet siły płakać poprawiając je. Benia, jeśli to czytasz, proszę pracuj ciut wolniej i odrobinę dokładniej :)

Średnia wieku w redakcji zapewne wynosiła około 40-stki, a ja i Gosia, skutecznie ją zaniżaliśmy.

Wspominany Tadeusz po prawej. Zdjęcie z sierpnia 2008 roku.

Dlaczego Andrzej Tucholski po tym jak mu opowiedziałem tę historię powiedział, że miałem „sytuację idealną”?

Ponieważ miałem ogromnie dużo swobody, przynajmniej przez pierwsze 3 miesiące.

Fakt, że zostałem zatrudniony w sytuacji, w której już gorzej być w redakcji i z gazetą być nie mogło. Zespół redakcyjny (przed moim przyjściem do Ciechanowa) nie był wstanie zapełnić tekstami bodajże 16 stronicowego tygodnika.

Jerzy Wlazło powiedział mi na początku mojej pracy:

- Robert. Masz wolną rękę. Możesz zwalniać i zatrudniać kogo chcesz. Nawet jeśli nie będziesz miał nikogo, my sobie przez pewien czas poradzimy. Ale po trzech miesiącach ja rozliczę ciebie z twojej pracy.

Po 3 miesiącach mojej pracy z nowym zespołem, gazeta ukazywała się tak jak powinna. Wszystko zaczęło się bardzo fajnie kręcić.

„Maszynka” pracowała na tyle sprawnie, że kiedy we wrześniu 2008 roku dostałem propozycję pracy w dziale krajowym „Rzeczpospolitej” postanowiłem rozstać się z tygodnikiem „Nasze Miasto”, Ciechanowem i przeprowadzić się do Warszawy, w której jestem do dziś i lansuję hasło, że Treść Jest Najważniejsza :)

Przez 9 miesięcy kierowałem tygodnikiem „Nasze Miasto” Ciechanów

Tu Stępowski udaje, że pracuje :) Miałem wtedy dużo na głowie :)

Robert Stępowski

R. Stępowski "Komunikacja marketingowa 2030"

R. Stępowski „Komunikacja marketingowa 2030″

Robert Stępowski

Z pochodzenia rawiak z zamieszkania warszawiak. Serce, duszę i cały wolny czas oddałem pisaniu w październiku 2000 roku i tak jest do dziś. Pierwszym moim opublikowanym tekstem był wywiad z Ryszardem Rynkowskim. Później zakochałem się także w marketingu miejsc. Żyję tym co robię. Robię to czym żyję.

Lubię pisać o tym, na czym się znam. Dlatego ten blog poświęcony jest mediom, tym tradycyjnym i społecznościowym, content marketingowi i brandingowi personalnemu. Często pojawiać się tu będą także tematy z szeroko rozumianego obszaru lifestyle.

czytaj więcej...

Najpopularniejsze tematy

  • Zamów książkę

    Wszystkie opublikowane na blogu TrescJestNajwazniejsza.pl materiały są własnością Roberta Stępowskiego. Jeśli chcesz je wykorzystać skontaktuj się z autorem.